znudzony monotonią mojego tzw. życia coraz częściej oddaję się snuciu (nie, nie podłych intryg;) przestępczych planów. robiąc zakupy, przechodząc koło banków, zastanawiam się jak najlepiej przeprowadzić skok, wymyślam różne scenariusze. zawsze lubiłem filmy takie jak 'złodziej' z belmondo, 'ronin' z de niro (choć to nieco inny kaliber) czy też 'drugstore cowboy'. oglądam też '997' żeby zobaczyć jakie błędy popełniają te nasze prymitywne polskie bandziory-siepacze. nie jestem do końca pewien czy lepiej stworzyć duet jak bonnie & clyde, czy profesjonalną 'dziką bandę'?
ach, to by było życie! 'gablota mota na opony wstęgę szos' a w wozie królowie życia :). wydaje mi się, że na początku najlepiej rabować małe agencje bankowe, pko lub kantory, praktycznie bez ochrony, potem moglibyśmy przejść do banków. oczywiście żadnych morderstw, pełen profesjonalizm, przygotowanie i rozpracowanie celów. nikt by nas nie dorwał! a po zgromadzeniu odpowiednich funduszy wypranie pieniędzy, życie z procentów i tylko od czasu do czasu jakaś robota dla przyjemności. kto się pisze?
hazard, i jego pochodne, pociągał mnie od dziecka. na początku były to zdrapki totolotka, poker na zapałki, potem totoliga. aż w końcu w licealnych czasach spotkałem Go (niestety nie jezusa) w centrum miasta. kusił pomarańczowym kolorem i hasłami 'Sport Twoją Szansą', 'wejdź, wytypuj, wygraj!'. to była miłość od pierwszego wejrzenia, która trwa do dziś.
biblię kupuje się co wtorek. biblia to tzw. ulotka kursowa, program rozgrywek na cały tydzień, z kursami, analizami, tabelami prawie wszystkich lig europejskich. tak wyposażeni gracze, z głową nabitą internetowymi prognozami, przystępują do pracy. czy valkeakoski pokona myllykoski? jedna szkocka wioska drugą? nalbandian philippoussisa? zaczynają się łowy, pojedynek z siedzącymi gdzieś tam w jakiejś mrocznej kryjówce bukmacherami, którzy pochyleni nad monitorami baczą, by nikt nie wygrał zbyt dużo.
wszystko sprowadza się do tego, kto kogo przechytrzy. oni podpuszczają nas niskimi kursami (im niższy kurs tym pewniejszy mecz, ale i wygrana mniejsza) na markowe zespoły. tu jest jednak piec pogrzebany, wszak markowe zespoły lubią sprawiać niemiłe niespodzianki. my próbujemy znaleźć w sieci informacje o kontuzjach, osłabieniach, pomyłkach buków, kiedy jakiś cynk się rozniesie, w całym kraju ludzie bieżą do zakładów z większymi sumami, a chwilę później centrala blokuje dany mecz. kto zdążył, ten jest bogaty.
gracze to właściwie przekrój całego społeczeństwa (a precyzyjniej jego męskiej części niestety, obstatwiających kobiet jeszcze nie spotkałem). w każdą sobotę, kiedy spotkań jest najwięcej, w małym pomieszczeniu kiszą się i przemielają, ocierają i przepychają: studenci, emeryci, dresiarze, biznesmeni, szaraczki i cwaniacy. sporo jest niedzielnych, efemerycznych graczy, popisujących się swymi rzekomymi przewagami, którzy po pewnym czasie jakoś gdzieś znikają. jest pan janek, poczciwy emeryt w spranym swetrze, prawie bez przerwy przesiadujący w sts'ie, który w charakterystyczny sposób podkreśla pewność swoich typów wykrzykując: 'chelsea to jest potęga! to jest pewne!' jest mój znajomy, A., znawca tenisa, który gra za duże stawki, a potem dzwoni do mnie po wyniki i czasem prawie płacze w słuchawkę.
tak, bukmacherka dostarcza wielu wzruszeń. ach, jakie emocje są podczas oglądania na stadionie meczu, który się obstawiło, jaka satysfakcja, kiedy po weekendzie odbierasz wygraną, jaki żal, kiedy twoja drużyna przegrywa w ostatniej minucie!
ja gram już od paru lat, świątynię odwiedzam prawie codziennie. ktoś powie, że jestem uzależniony. może i tak. gram jednak za małe stawki, głównie obracam pewną pulą, to wygrywając, to 'wtapiając'. uważam, aby nie przekroczyć granicy - nie dopuścić do sytuacji, w której przegram pieniądze na operację mamy, potem zacznę się sprzedawać żeby to odrobić, stanę się żałosną karykaturą człowieka, aż w końcu popełnię samobójstwo.
ps. a co się tyczy bukmacherskich przesądów, to ja po zawarciu zakładu wypalam na schodach sts'u lucky strike'a :p
a teraz niech zabrzmią dandy warhols 'hit rock bottom'!
druga rozmowa kwalifikacyjna.
tym razem witam się z młodym Anglikiem o hiszpańskim nazwisku. zabiera mnie na lunch i spotkanie z nowym klientem. w myślach dziękuje sobie, że nie posłuchałem panienki, która rozmawiała ze mną poprzednio i radziła przyjść na drugie spotkanie casual. Anglik z uśmiechem spogląda na mój strój. mamy takie same stalowe garnitury i fioletowe koszule. obydwaj jesteśmy bez krawatów. czuję, że złapałem kilka punktów.
idziemy na spotkanie we wrocławskim hotelu. kilka trafnych decyzji i łapie kolejne punkty. klientka z uśmiechem przytakuje moim odpowiedziom. poraz drugi podczas tego spotkania czuje, że dziś jest ten dobry dzień. na zakończenie, żegnam się z Anglikiem mocnym uściskiem dłoni. obiecuje, że dadzą znać.
długo nie muszę czekać. dziś dostaje wiadomość, że zostaje przyjęty i zaczynam prace od przyszłego tygodnia.
no i mamy weekend. zapowiada się zajebiście ciepły. i dobrze. uwielbiam wiosnę i lato. z tej okazji zaprowadziłem wczoraj rower do pana Romka, który ma mi go sprawdzić, przygotować. już czas zacząć wiosnne pedałowanie.
w poniedziałem mam drugą rozmowę o prace w wspomnianym już przeze mnie biurze projektowym. skoro mnie zaprosili to pewnie zainteresowałem ich swoją osobą. zresztą oni też mnie zainteresowali. podoba mi się taki styl pracy, jaki oni mają. praca w domu, przyjazd do firmy tylko na zebrania, czy odbierania/zdawanie projektów, no i spotkania z klientami. dobrze wiem, że przy wykonywani takich projektów potrzebne jest skupienie, a w pracy niestety się nie da. w obecnej pracy zajmuje się malutkimi projekcikami, a tam czekają wielkie wyzwania, możliwość doskonalenia swoich umiejętności i co najważniejsze możliwość rozwijania się. a o to w pracy chodzi przecież, prawda ? rozwijać się, piąć się wyżej. ale nie ma co się podniecać na zapas, bo się jeszcze okaże, że ich zainteresowanie moją osobą było krótkotrwałe.
a jutro biorę Olę za fraki i ciągniemy do Pragi. z Wrocławia to rzut moherowym beretem. już dawno nie byłem u Karola na moście i nie jadłem czeskich knedlików, a piwo jakie mają pyszne.
mówię państu żyć nie umierać.
W czasie weekendu przez głowę przeleciała mi myśl, że może czas na jakieś zmiany w swoim życiu, trochę zaczyna przytłaczać mnie nuda i stagnacja.
Pojawiła się taka pokusa, by coś z tym wszystkim "zrobić". By trochę jednak w tym życiu "pogrzebać".
Długo czekać nie musiałem, w poniedziałek zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Odzywa się panienka z biura projektowego, w którym zawsze chciałem pracować. Takie małe marzenie, które może uda mi się spełnić.
Przez ostatnie kilka miesięcy namiętnie studiowałem przewodnik jak grać na giełdzie. Kilka spotkań z ludzmi, którzy zajmują się tym, i dziś po raz pierwszy debiutuje jako inwestor. Pojawia się ta adrenalina, której ostatnio mi trochę brakowało, a przy okazji szansa na zarobienie większej gotówki.
Poza tym, kupiłem stół. Teraz oprócz lodówki, materaca, tv, mam stół. Rodzicielka zawsze mi powtarzała, że stół jest najważniejszym meblem w domu. Zjeździłem wczoraj kilkanaście salonów meblowych, i oczywiście nie było nic co by mi się spodobało. Pomocny okazał się kolega, który zna pewnego stolarza, który ponoć robi kapitalne stoły, etc. Także będę miał stół, duży, z prawdziwego drzewa. Przynajmniej przyda się nie tylko do jadania posiłków :))
Znacie to uczucie, kiedy wiecie, że z pewnością coś się wydarzy?? Takie lekkie napięcie, niby wszystko jest normalnie, ok. – ale światło jakieś takie inne, porannej kawy smak jakby ostrzejszy no i to wewnętrzne przeczucie…. Jeszcze mu niedowierzacie, może nawet nie zdajecie sobie w tym momencie świadomości, iż wam towarzyszy – ale jest. Z pewnością zajdzie zmiana i to zasadnicza - a nie wiadomo czy będzie lepiej czy gorzej.
Ostatnio bonnaf przypomniał sobie jak to jest czuć zapachy. Tak jak za dzieciaka, kiedy w rozgrzane lipcowe popołudnie wsadziło się głowę do studni i w nozdrza uderzał, chłodny zapach piwnicy. Albo zapach rozgrzanego na słońcu ….dużego fiata hehehe : ) Tudzież zapach łąki w lipcowe sianokosy.
Dla odmiany czerwcowy poranek nad jeziorem i wszechobecny zapach lasu. Czy nawet zapach powietrza po deszczu.
Jak się do zapachu dołączy inny rodzaj światła, jaki jest nam dany od 2 tygodni – zaczyna się robić naprawdę przyjemnie. Takie właśnie myśli miał w głowie bonnaf spacerując w trakcie zapadającego wiosennego zmierzchu. Było urokliwie. To w sumie takie sobie miejsce wprowadziło zastrzyk błogostanu rozlewającego się po wnętrzu.
Kurdę, naprawdę jest dobrze.